|
:: Zeszły wtorek, godzina 15:00. Wychodzę z pracy. Pod skarbówką czeka na mnie Dysia (ma nową, fantastyczną grzywkę, cholera jedna.) -Ej, wiesz co? Mam pomysł, może byśmy pojechały do Platyny, no wiesz, do akademika? Bo ona nas zaprasza, i bardzo, bardzo chce, żebyśmy przyjechały. To jak? - pyta. -Hmmmm... - zastanawiam się. (Nie powiem tego na głos, ale za Chiny Ludowe nie chce mi się jechać do akademika Platyny. Jest mi gorąco. Jestem zmęczona. Nie mam nastroju.) -Wiem, że pewnie Ci się nie chce... - zaczyna Dysia, a ja się zgadzam. Wobec telepatii jestem całkowicie bezbronna. Platyna dzwoni, że nie siedzi w akademiku, tylko wyleguje się na kocu z kumplem (O nie. Pewnie jakiś kolejny prymityw, wyżelowane włosy i pysk spalony na solarium. Boże, chroń Królową.) nad jakimiś stawami. Jedziemy według jej wskazówek. Gubimy się dwa razy. (Mówię sobie po cichu, że nie bez powodu na wszystkich rajdach to ona jest kierowcą, a ja pilotem). Po wielu perypetiach docieramy na miejsce. Przełazimy przez chaszcze i trawy, klnąc na czym świat stoi, aż w końcu naszym oczom ukazuje się Platyna wyciągnięta na kraciastym pledzie. Obok niej wyciąga się jakiś gość. Zero żelu, zero solarium. Po trzech godzinach jestem zakochana. I do tej pory jestem rozbita. I nikt o tym nie wie. A ja uśmiecham się od ucha do ucha. Words and Sounds: Kosheen, All in my head Komentuj (4) :: Pffff... nareszcie piątek. Pierwszy od niepamiętnych czasów weekend, kiedy jestem sama w domu. Moi ambitni rodziciele pojechali na swoje studia podyplomowe, Karol włóczy się po imprezach, a ja robię co chcę. To znaczy nic. Miałam zamiar przespać na zapas te dwa dni, ale doszłam do wniosku, że byłoby to skandaliczne marnotrawstwo czasu. Lepiej otworzę sobie martini i zacznę chodzić nago po domu. Przez pięć dni w tygodniu wstaję o piątej rano, patrzę na mgłę za oknem. Szybko sie ubieram, czeszę, maluję. Zjadam w pośpiechu jogurt. A potem wchodzę, oddycham głęboko i wystawiam twarz do słońca. Noszę kwiaty we włosach, złote baletki i podkręcam rzęsy. Odżywam. Nareszcie przyszła wiosna. Words and Sounds: Sara Bareilles, Love Song Komentuj (3) :: Proszę Państwa, nadeszła wielkopomna chwila-po wielu bojach, kłótniach i szarpaninach zdołałam nadludzkim wysiłkiem doprowadzić do podłączenia mi stałego dostępu do internetu... ależ do mądrze brzmi. Tak naprawdę i po ludzku mówiąc, to zdarłam sobie gardło pertraktując z rozmaitymi dostawcami, bajerowałam, płakałam i krzyczałam, ale jak zwykle postawiłam na swoim. Nawet sama sobie skonfigurowałam połączenie, a co! Dzień zaczął się od tego, że ja i mój brat przegapiliśmy moment święcenia koszyków, co wywołało lekką furię u mojej matki. I to chyba jedyny świąteczny akcent w moim domu. Pomimo wysiłków mojej mamy jakoś nieszczególnie przejmujemy się świętami, a ja to nawet idę jutro na imprezę-moja przyjaciółka Martyna kończy 22 lata. W związku z tym zadzwoniłam do niej parę dni temu, żeby dowiedzieć się, co też by chciała dostać. Spodziewałam się standardowej odpowiedzi "nie wiem", co pozwoliłoby mi na kupienie jej czegoś, co sama chciałabym mieć i namówienia, żeby mi to pożyczyła. Ale nie! Wzięła głęboki oddech i powiedziała z nabożną czcią: "Chcę dostać książkę o Atylli." -Co?! - wrzasnęłam. -No wiesz...Atylli, tym, no... -jęknęła. -Chyba żartujesz! Z miliona fascynujących rzeczy, które mogłabym ci dać, ty chcesz akurat książkę o hunie Atylli?!-sapnęłam przerażona. -Mhm. Jezus Maria. Ja poprosiłabym o jadalny puder do ciała, torebkę w kształcie truskawki albo komplet sztucznych rzęs od Dianne Brill, ale na pewno nie o ksiązkę historyczną. Z G R O Z A . Nie lubię ładnych ludzi, zwłaszcza ładnych kobiet. To po prostu niesprawiedliwe, że niektórzy ludzie mogą nie zmywać makijażu przed snem, a rano i tak wyglądają świeżo jak stokrotka. Bo ja wyglądam jak nie wiem co, z cała dywizją pryszczy, brygadą krost i szwadronem wągrów. Obleśne rzeczy piszę, wiem. Words and Sounds: Fergie feat. Daddy Yankee, Impacto Komentuj (1) :: Uniwersytet Wrocławski, WPAiE vs Ja - 2:5. Powinno być 2:2, ale dodaję sobie jeden punkt za zdanie egzaminu warunkowego z doktrym politycznych i prawnych, kolejny za samozaparcie i jeszcze jeden za zajebisty entuzjazm. Jestem na diecie, której celem jest zmniejszenie mojego brzuszka. Niestety, boję się, że zamiast brzuszka zrzucę biust, co właściwie jest niemożliwe bo jeszcze kilka centymetrów w cyckach mniej i będę wklęsła. Zgroza. Tylko broń Boże nie odczytajcie tego jako wyraz jakichś kompleksów, bo przecież wiadomo wszem i wobec, że kompleksy są mi całkowicie obce. Ci, co mnie znają w realu (wątpliwa przyjemność) potwierdzą. A tak szczerze to sprawa wygląda trochę inaczej. Kiedy miałam trzynaście lat, byłam tak strasznie zakompleksiona, że było to aż śmieszne. Składałam się wyłącznie z miny zbitego psa, strachu w oczach i kompletnego braku pewności siebie. Chciałam byc jak Blondynki z mojej klasy, chodzić na dyskoteki, skubać sobie brwi i malować powieki na niebiesko. Nie było mi dane zostać Blondynką. Pozostałam natomiast esencją Brunetki i dzięki wielu rzeczom, których nie doświadczyłam (wizyta na izbie wytrzeźwień, pierwsze dziecko w wieku 16 lat, delfin wytatuowany na ramieniu przez kolegę tatuażystę-amatora) jestem tym kim jestem, mam szacunek do samej siebie, kocham swoje zalety, a jeszcze bardziej kocham swoje wady. I dlatego moje Ego jest takie wielkie. Wiem, że moje życie jest w moich rękach. Piszę to z okazji Walentynek. Taaaak. wiem, komercja, chłam, kicz i w ogóle. Ale tego dnia nie muszę kupować ani dostawać kwiatów, kartek i czekoladek, wystarczy, że o trj miłości pomyślę. O Miłości, którą sama mogę sobie dać, jeżeli nikt inny nie chce tego zrobić. Choćby dlatego warto kochać siebie. Words and Sounds: Nickelback, Photograph Komentuj (4) :: Hmmm. Kiedy tak sobie jade tym nieszczęsnym pocięgiem pośpiesznym do Wrocławia i (bardzo nieostrożnie) wystawiam głowę przez okno to myślę sobie, że powinnam podciąć końcówki. I jeszcze zastanawiam się, jak długo będę tak jeździć w tę i z powrotem. Może czas wreszcie osiąść gdzieś na stałe, a nie tak bez sensu-jedną nogą tutaj, drugą tam. Siedzę właśnie w superodjebanej czytelni komputerowej mojego wydziału. Cisza, spokój a przede mna parka z kawałów: ona platynowe włosy, on-rozpięta do mostka koszula. Pompa ssąco-tłocząca. Jezu, kurwa. Zaraz się porzygam. Przecież to jest CZYTELNIA, a nie hotel na godziny. Sprzątanie to wojna! Blitzkrieg z elementami walki szarpanej i podjazdowej. Jedno z nas musi polec... Victory is mine. Szaleję, więc nie bierzcie tego do serca. Jakis mały kabelek w mózgu musiał się przepalić, a to bardzo źle, bo sesja w toku. 3majcie kciuki i na złość PiSowi odwiedzajcie Naszą Klasę. Booya! Words and Sounds: Starting Rocket feat. Diva Avari, Don't go! Komentuj (3) :: Uch. Chcialam tylko napisać, że żyję i mam się dobrze, tylko nie bardzo potrafię się wygrzebać z tego wszystkiego co jest na mojej głowie: dwóch zaległych kolokwiów, konsultacji z prawa cywilnego, pracy z psychologii sądowej (którą muszę oddać za trzy dni, a na którą wciąż nie mam pomysłu), rozliczania PITu za rok 2007, i tak dalej. Jak zwykle brakuje mi czasu. Podsumowanie roku 2007 nie wygląda zbyt różowo: * straciłam najlepszą przyjaciółkę. Fatalnie. Pamiętam tylko tyle, że poszło o jakąs pierdołę, i obie byłyśmy zbyt dumne, żeby przeprosić. * mam dwie nowe przyjaciółki. Tym razem nie będę zbyt dumna. * schudłam tylko cztery kilogramy. W poprzedniego Sylwestra zapowiadałam, że schudnę co najmniej dziesięc kilo; oczywiście nie wyszło. * ani razu nie zostałam porzucona. Ja rzucałam jeden raz. * jestem na trzecim roku prawa. Niestety, warunkowo. * nie zrobiłam prawa jazdy. To już zakrawa na śmieszność. Mam 21 lat i NADAL nie mam prawka. Może dlatego, że mandaty za brak biletu są tańsze od tych za przekroczenie prędkości. * pogodziłam się z samą sobą. Właściwie to wszystko jest po staremu. Żadnych spektakularnych wzlotów, żadnych bardzo bolesnych upadków. Powinnam się cieszyć, ale NIE! Nie ciesze się w ogóle, bo żeby funkcjonowac, to muszę mieć życie barwne jak w argentyńskiej telenoweli, musi błyszczeć, płonąć, kręcić się, musi gnać na złamanie karku, sprawiać, że włosy stają dęba, aż nie będę mogła złapać tchu, zabraknie mi sił i padnę na twarz. Wtedy będę szczęśliwa. Words and Sounds: Natasha Bedingfield, Soulmate Komentuj (2) :: Będę bezrobotna tak długo, aż znajdę normalną, porządną pracę. I może to trwać tydzień, miesiąc, pół roku, rok... nieważne. Nie stać mnie na to, żeby strzelić sobie życiowego samobója. Jestem pracoholiczką - to fakt niezaprzeczalny. Potrafię (i lubię) siedzieć po godzinach aż skończę to, co zaczęłam. Z tym, że hola hola - po kolei. Praca zgodnie z umową, wypłacane nadgodziny, ludzkie podejście do pracowników-mogę powiedzieć Bogowi Korporacji: "Tak, Panie, Jestem Twoja". Jeżeli jednak bawimy się w niewypłacanie delegacji i notoryczne spóźnianie się z wypłatą to w grę wchodzą rozmaite akcje, począwszy od buntowania pracowników a skończywszy na urlopach na żądanie i planach dzwonienia do Państwowej Inspekcji Pracy. Jeszcze trzy lata. W dniu, w którym odbiorę dyplom magistra prawa, wypiję kolejkę za wszystkich tych, którzy mnie wspierali, i dwie kolejki za tych, którzy podkładali mi świnie. Rachunek jest prosty = szybko zaliczę zgona. Ale to za trzy lata, bo na razie jestem abstynentką z wyboru. A prywatnie? Ugania się za mną pewien koleś, który z całym swoim urokiem, anielską buźką i boskim poczuciem humoru ma jedną maleńką wadę - jest ode mnie o dwa lata młodszy. W związku z tym czuję się jak babcia. Uch... Words and Sounds: Wet Fingers feat. Mafia Mike, HiFi Superstar Komentuj (4) :: Ona: Wiesz, że 31-ego października kończy sie umowa i powinniśmy podpisać nową... Ja: Taa. Ale ja nie chcę tej umowy, nie chcę już tu pracować. Ona: Co? Dlaczego? Ja: Bo moje wrodzone poczucie sprawiedliwości nie pozwala mi na pracę w miejscu, w którym panuje nepotyzm. I nie ukrywam, że nie lubię i nie chcę pracować w sklepie. I nie będę. Nie będę. Cała Management Team może mnie ugryźć w dupę, bo od dzisiaj jestem wolna. Nikt nie trzeszczy mi nad uchem. Przysługuje mi sześć dni urlopu, które niezwłocznie wybrałam i do końca października laba. Wczoraj zdążyłam się pożegnać tylko z ochroniarzami, ale cóż to było za pożegnanie! Uściskom i całusom nie było końca! Tym razem legalnie, na oczach niezadowolonego kierownictwa. Zawsze mam ostatnie słowo. Stać mnie na to, żeby odejść z podniesioną głową i z czystym sumieniem. I chociaż zżyłam się z paroma osobami i trochę żal mi tego wszystkiego, to jednak ten żal nie jest aż tak silny, żebym tu została. A przyjaciół ma się na dłużej niż tylko trzy miesiące. Głosowałam na PO, bo naprawdę wierzę, że coś się zmieni i że ja te zmiany odczuję na własnej skórze. Mam dość pracy za osiemset złotych, umów na 1/4 albo 3/4 etatu, szarpania się o każde wolne na studia. Nie oczekuję cudów. Chcę żeby było NORMALNIE. Words and Sounds: Joss Stone, Security Komentuj (4) :: Dochodzę do wniosku, że ja sie po prostu NIE NADAJĘ do pracy w sklepie. W żadnym sklepie, nazwa generalnie nie ma znaczenia, może być tylko źle albo bardziej źle. I co z tego, że tajemniczy klient wystawia mi 97 punktów na 100 i że od kumpla słyszę" Jesteś jedynym pracownikiem, którego szanuję" ? Nienawidzę bezproduktywności, nie znoszę. A czy mozna być produktywnym składając przez godzinę setki sweterków, bluzeczek i koszulek? NIE. Czasem myślę, że to karma, że wracają do mnie wszystkie moje złe uczynki. Wracają pod postacią upierdliwych klientów, połamanych wieszaków i śmiesznie małej zniżki personalnej. Ja: Zwalniam się. Jak Boga kocham, idę się zwolnić. On: Jak to? Teraz? Ja: Teraz, natychmiast. On: Przestań. Jak się zwolnisz, to z kim tu zostanę? Kto będzie mnie rozśmieszał? Kto będzie mnie trzymał w pionie? Ja: Dobra, kurwa. Nie zwolnie się. On: Nie przelinaj. Ja: Przepraszam, nie będę. Takiego typu rozmowy przeprowadzam z Nim co najmniej dwa-trzy razy w tygodniu. Z Nim, Tym Bez Imienia, ale tylko tutaj, tylko oficjalnie. Uwielbiam go, a nie mogę nawet lubić. Lubię go słuchać, ale oficjalnie nie mogę zamienić z nim ani słowa. Chore. Wyobraź sobie, spotykasz kogoś dzień w dzień i masz całkowity zakaz rozmów z tą osobą. Chore? Chore. A dla mnie zwykła, szara rzeczywistość. Words and Sounds: The Donnas, Who invited you? Komentuj (4) :: Kraków. Zaczynam nową pracę i znowu obiecuję sobie, że będę się jej trzymać, że nie poddam się tak latwo. Paradoks: nie mam czasu na spotykanie się z niektórymi znajomymi w swoim mieście, więc spotykam ich w Krakowie. Cóż, nie tylko ja mam szkolenie.Cała rzesza ludzi 5 września rozpocznie pracę w budowanym właśnie w Rybniku grzmocie o wdięcznej nazwie Focus Park. Wiem, że stać mnie na więcej. Ta praca nie jest wieczna, koncerny nie są dożywotnim wyrokiem. Muszę tylko jakoś przetrwać te najbliższe trzy lata, później obronię i się izacznę nowe życie. Praca w H&M'ie wbrew pozorom dała mi wiele dobrego-zyskałam przyjaciół na całe życie, nauczyłam się szacunku dla pracowników tego typu miejsc. Każda zarobiona przeze mnie zlotówka to jakiś okres, ktory tam spędziłam. Cheers. Końcówka sierpnia w Krakowie jest piękna jak nigdzie na świecie. Komentuj (3) -> (<- |
księga add || look o mnie linki agat. asieko. mała czarna bo_tak. ciach!. kave kpt. kazuhiko. mantra naira. tricky. fotosynteza szpilka nie-zwyczajny cynamon w głośnikach just-coffee panna-naganna archiwum 2008 sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec layout by Flo for Layout4you |